Weekendowo podróżujemy: Londyn w 3 dni Weekendowo podróżujemy: Londyn w 3 dni » Bednarczukowie Blog

Bednarczukowie Blog » Fotografia ślubna reportaż plener reklamowa lifestyle food photography

Weekendowo podróżujemy: Londyn w 3 dni

Tytułowe 3 dni to ułamek ułamka czasu, potrzebnego do zwiedzenia stolicy byłego Imperium brytyjskiego. Ale cóż, trzeba się pogodzić z ograniczeniami czasowymi i zobaczyć jak najwięcej w tak mocno skompresowanym okresie. Dzięki pomocy przyjaciół nie traciliśmy czasu na ogarnięcie najstarszej linii metra i połączeń pomiędzy lokacjami. Czas na przemieszczanie się był ograniczony do niezbędnego minimum. A jeszcze wypadało zaopatrzyć się w jakieś ciuchy… 🙂

Poniżej zobaczycie w zasadzie jedynie kilka zdjęć architektury, gdybyśmy przerzucili się na street photo, utknęlibyśmy tam pewnie na miesiąc 🙂

Zaraz po przylocie – szał zakupów. Odetchnąć przyszło nam w pubie Wilton’s, przylegającym bezpośrednio do Wilton’s Music Hall. Rewelacyjna atmosfera, w Polsce taki budynek zostałby pewnie zamknięty przez inspektora budowlanego, a tu, proszę – ciżba ludzi i nikt nie martwi się zagrożeniem zawalenia się budynku 🙂

wiltons1wiltons2

Następnego dnia zaraz po pysznym angielskim śniadanku zaserwowanym przez naszych Gospodarzy wyruszyliśmy na wędrówkę. Na pierwszy ogień – Cannary Wharf. Prywatna wyspa usiana biurowcami ze szkła, betonu i stali. W weekend pusta i wyludniona, jedynie przechodzący gdzieniegdzie piesi odróżniali ulice od scenerii jakiegoś filmu science-fiction.

canary2canary1

canary niedziela

Następny przystanek: Jubilee. Rewelacyjna pogoda na spacer wzdłuż Tamizy…

jubileejubilee1

jubilee2

London Eye widoczne było z każdej perspektywy, nie mogliśmy się powstrzymać przed opstrykaniem go z każdej strony 🙂 Zobaczycie je jeszcze raz pod koniec wpisu…

londoneye

Nie może też zabraknąć innej oczywistej pamiątki z Londynu – czerwonych budek telefonicznych i znaków metra! 😀

czerwnoności

Po drodze do Borrough Market znaleźliśmy restaurację, którą Ola podziwiała dotąd na zdjęciach w internecie. Bill’s!

bills1

Przemiła obsługa nie widziała żadnych problemów, byśmy utrwalili kilkoma migawkami po swojemu wnętrza tego przybytku.

bills2

Wreszcie dotarliśmy do celu naszej podróży: Borrough Market. Pal diabli muzea, galerie, zabytki. Nie tym razem! Rynek rządzi! Feeria zapachów, dźwięków, smaków… Potrawy i napoje, setki, jeśli nie tysiące składników, degustacje… Samo to miejsce można by kontemplować, studiować przez kilka dni, powolutku… Zresztą całe otoczenie rynku też warte jest co najmniej wspomnienia!

borrough market1borrough market2

Trudno było nam stamtąd odejść, szczególnie, że przechodziliśmy wzdłuż stoisk serwujących „szybkie” potrawy z całego świata. Brzuchy, pobudzone zapachami smakowitości zaczęły domagać się naszej uwagi 🙂 Sylwia i David prowadzili nas ulicami w kierunku Maltby Street Market… Zahaczyliśmy jeszcze o winiarnię i sklep z alkoholami z całego świata (była żubrówka i żołądkowa gorzka! 🙂 ). Bartka szczególnie zafascynowały wykwintne whisky…

budynki1wine and whisky

Dalej na naszej drodze mijaliśmy ciekawe budynki, sklepy ze starociami, warsztaty Porsche i Vespa (nie uwierzylibyście, w jakich okolicznościach stały sobie klasyczne Carrery 911 i jeszcze starsze modele…). Bartek wypatrzył sobie idealne krzesło do pracy, na którym chętnie przyjmowałby interesantów 🙂 Niestety, przewidywaliśmy, że na lotnisku policzyliby nam za nadbagaż 😉

budynki2

W końcu znaleźliśmy się na miejscu. Koniecznie musimy wspomnieć o przysmaku, jaki można znaleźć tylko tu: Pulled Pork Bun. Nie możemy zaprezentować żadnego zdjęcia, bo byliśmy tak głodni, że burgery zniknęły szybciej, niż zdołalibyście powiedzieć „cheeeese” 🙂 a poplamionymi sosem paluchami szkoda było nam brudzić aparat. Zresztą… tego smaku nie zapomnimy długo, żadna fotografia nie jest nam do tego potrzebna 🙂

Kolejny dzień to pogorszenie pogody, ale nie było na co narzekać – nie padało! Zaczęliśmy z tego samego miejsca, ale kierunek obraliśmy w kierunku Green Park, Piccadilly, by w końcu dotrzeć do Chinatown.

bigbengreen park

W parku przed pałacem Buckingham, prócz całego mnóstwa ptaków, biegało też mnóstwo charakterystycznych, szarych wiewiórek. I tu ciekawa rzecz, w momencie naszego spaceru szedł tamtędy pewien jegomość, który co pewien czas przywoływał gryzonie głośnym „Come!”, a one karnie podbiegały, wcinały orzeszka, czy czym je on karmił, i odbiegały dalej. Heca! Prawdziwy zaklinacz wiewiór 🙂

wewióry

Oglądanie luksusów i dziwactw (trzypiętrowy sklep m&m’s!?) zdecydowanie poprawiło nam nastrój. Jeśli chcecie kupić szare lub ciapkowate „emenemsy” albo pamiątki np. w postaci kostek gitarowych lub sznurówek z podobiznami dwójki zabawnych draży – to tylko tam, w Londynie. Następny najbliższy sklep jest w Ameryce 🙂

ritzmnms

Pozostał tylko powrót i wieczorna przejażdżka clipperem po Tamizie…

noc2

… i „lot” liniami Emirates na drugi brzeg rzeki 😀

emiraty

Podsumowując, strrrasznie polubliśmy tą metropolię. Bardzo chcemy tam wrócić, może na trochę dłużej. No i jesteśmy niewymownie wdzięczni naszym przyjaciołom, Sylwii  i Davidowi, dzięki którym wszystko poszło tak sprawnie, że przygotowali dla nas marszrutę odbiegającą od sztampowych turystycznych ścieżek… No i za kulinarne doznania – sunday roast zostanie na długo w naszej pamięci 🙂 Dziękujemy! Bawiliśmy się wyśmienicie i koniecznie musimy wrócić 🙂

AnnaA-G - zazdroszczę! uwielbiam ten zakątek świata, który sprawia, że chce się tam oddychać:)

Your email is never published or shared. Required fields are marked *

*

*

F a c e b o o k
T w i t t e r
P o d g l ą d a m y
hello