Pamiętam, że w dniu ślubu Marty i Maćka pogoda igrała sobie na naszych nastrojach, to błyskając w oko słońcem zza ciemnych chmur, to strasząc drobnym pokropkiem przelotnego deszczu. Zaklinaliśmy Manitou, Światowida i Zeusa, aby odegnał ciemne chmurzyska, które zaczynały zbierać się nad Płockiem. Mieliśmy nadzieję, że aura będzie miłościwa i dopuści przynajmniej zrobienie „na sucho” reportażu z ceremonii. A potem niech się dzieje…
Nie dane nam było.
Pół godziny przed wyjazdem gruchnęło, huknęło, lunął deszcz jak z cebra. Pół biedy, że przestał akurat umożliwiając wyjście z domu suchą nogą do auta. Nie powiem, do przyjazdu pod Katedrę było spokojnie. Żywioł deszczu dał o sobie znać dopiero 10 minut przed końcem nabożeństwa, tak że wyjście z kościoła było możliwe tylko dla kogoś, kto akurat przypadkiem zabrał ze sobą kombinezon nurka… Ale nic to! Grunt, że Młodym oraz ich Gościom dopisywały humory! Zobaczcie sami – z godziny na godzinę zabawa zaczynała wrzeć tak mocno, że nawet deszcz – gdyby jakimś cudem spadł na pląsające pary – wyparowałby zanim dotknął parkietu
Zresztą wielka w tym zasługa Zespołu. Szczerze mówiąc, to tak sobie z Olą dumaliśmy, że gdybyśmy kiedyś… znowu… jakieś odnowienie ślubów robili… to tylko z chłopakami i dziewczynami z Robsong
Byli niesamowici i tak dawali czadu, że kilka razy w trakcie imprezy zapomniałem się i zacząłem po prostu słuchać jak grają. A nóżka chodziła, oj chodziła…















Plener, na który wybraliśmy się we czwórkę kilka dni później, przebiegł pod szyldem wszelakich stworzeń (pisałem o tym w tym poście). Na szczęście obyło się bez komarów
Kolorowo, romantycznie i humorystycznie – takie rzeczy to my lubimy!
Sobotnie, słoneczne popołudnie… w sam raz na rajd z Młodą Parą po stadionach, mostach, bramach i trawnikach







Marta, Maćku – świetnie nam się z Wami „pracowało” – jeśli praca może być przyjemnością, to tu z pewnością tak było