Rok, w którym nie ma nas w Kazimierzu, jest rokiem straconym. Wychodząc z tego założenia ubiegły weekend spędziliśmy – po raz kolejny – w naszym ukochanym Vincencie… Uwaga, post zawiera lokowanie produktu
Vincent i Józia (ta szacowna, puchata kota, którą widzicie na zdjęciach) przywitali nas zmienioną recepcją, dobudowaną oranżerią, przemodelowaną restauracją. Siedzieć tam i smakować po zmroku czerwone Fuenteseca, podjadać sałątkę z bobu, czerwonej cebuli, dojrzewającej szynki i oleju rydzowego… odlot, mówimy Wam.
Nasz pensjonat przy ul. Krakowskiej, to nie jedyne miejsce, gdzie można dogodzić podniebieniu i duchowi w cudownym, wysmakowanym otoczeniu.

Czy pod gołym niebem w ogródku w dzień, czy we wnętrzu wieczorem – kawiarnia Factoria, czy herbaciarnia U Dziwisza zawsze stoją otworem. Chwile spędzone nad książką przy herbacie z wiśniową konfiturą, czekoladą po parysku i gazetą naładowały nam akumulatory na najbliższe, depresyjne jesienne i zimowe miesiące.
Kazimierz to nie tylko knajpy (choć te stanowią dla nas esencję tego miasteczka na równi z malowniczymi, cichymi uliczkami) ale i kilka miejsc, które warto obejrzeć (np. wąwozy). Strzeżcie się komarów

Czas ubiegł nam zdecydowanie za szybko. Do pełni szczęścia zabrakło jeszcze jednego dnia… ale cóż, trzeba było wrócić to szarej rzeczywistości. Nie możemy się doczekać przyszłego roku

























