Archive for the ‘plener’ Category

Od kuchni

Październik 14, 2011

Napiszę bez ogródek – Ola nakręca nasz mały biznes :)

Czemu to piszę – często klienci lub znajomi odnoszą fałszywe wrażenie, że nosiciel spodni, czyli ja :) jest osobą kontaktową, ustalającą terminy i ceny. Nic bardziej błędnego! Gdyby nie terminarz w telefonie, zginąłbym i pogubił (albo zaprowadził papierowy kajet…). Wszelkie sprawy wymagające użycia pamięci ustalajcie z Olą :) Chyba, że chcecie, abym pomylił Wasze imię, do czego ostatnimi dniami mam smykałkę (Agnieszka to dla mnie Monika, a Marcina ochrzciłem Łukaszem :) ).

Tym niemniej nie jestem taki do końca bezużyteczny ;) Konserwuję sprzęt i oprogramowanie, analitycznym okiem oceniam wartość danej ekspozycji i lokacji, w której robimy zdjęcia. Czasami dane mi jest podjąć krytyczną, ostateczną decyzję – np. ostatnio, kiedy wracaliśmy z Agnieszką i Krzysztofem z toruńskiego pleneru.

Zaplanowaliśmy, że w drodze powrotnej zatrzymamy się przy polu kukurydzy. Minuty i kilometry mijały, zmęczona para pospała się na tylnych siedzeniach, a słońce nieubłaganie schodziło coraz niżej i niżej. Stwierdziłem, że zostało nam maksymalnie 15 minut dobrego światła. A pola, które mijaliśmy, były, jak na złość, zbyt zielone albo za niskie, marne. W końcu widzę, że na horyzoncie majaczą tyczki w odpowiednim kolorze, podeschłe. Nie zdając się na pytanie, obudziłem towarzystwo dosadnym  „uWAGA!”, zerknąłem w tylne lusterko (pusto) i wcisnąłem hamulec… średnio mocno. I tak minąłem skręt, ale na szczęście warunki były dogodne do wycofania na wstecznym :) W ten oto sposób udało się rzutem na taśmę strzelić kilka zdjęć przy dobrym, zachodzącym słońcu (po kilku minutach schowało się za niby drobne chmurki nad horyzontem, które już nie wypuściły promieni i nie było już tak fajnie do samego zachodu) w fajnej lokacji. Efekty możecie obejrzeć poniżej.

Acha, Ola jest odpowiedzialna również za obróbkę graficzną zdjęć, więc doceńcie jej pracę, zauważając subtelną różnicę między surowymi zrzutami z matrycy aparatów (zdjęcia po lewej), a efektem końcowym (zdjęcia po prawej stronie).

Pamiętam, że w dniu ślubu Marty i Maćka pogoda igrała sobie na naszych nastrojach, to błyskając w oko słońcem zza ciemnych chmur, to strasząc drobnym pokropkiem przelotnego deszczu. Zaklinaliśmy Manitou, Światowida i Zeusa, aby odegnał ciemne chmurzyska, które zaczynały zbierać się nad Płockiem. Mieliśmy nadzieję, że aura będzie miłościwa i dopuści przynajmniej zrobienie „na sucho” reportażu z ceremonii. A potem niech się dzieje…

Nie dane nam było.

Pół godziny przed wyjazdem gruchnęło, huknęło, lunął deszcz jak z cebra. Pół biedy, że przestał akurat umożliwiając wyjście z domu suchą nogą do auta. Nie powiem, do przyjazdu pod Katedrę było spokojnie. Żywioł deszczu dał o sobie znać dopiero 10 minut przed końcem nabożeństwa, tak że wyjście z kościoła było możliwe tylko dla kogoś, kto akurat przypadkiem zabrał ze sobą kombinezon nurka… Ale nic to! Grunt, że Młodym oraz ich Gościom dopisywały humory! Zobaczcie sami – z godziny na godzinę zabawa zaczynała wrzeć tak mocno, że nawet deszcz – gdyby jakimś cudem spadł na pląsające pary – wyparowałby zanim dotknął parkietu :)

Zresztą wielka w tym zasługa Zespołu. Szczerze mówiąc, to tak sobie z Olą dumaliśmy, że gdybyśmy kiedyś… znowu… jakieś odnowienie ślubów robili… to tylko z chłopakami i dziewczynami z Robsong :) Byli niesamowici i tak dawali czadu, że kilka razy w trakcie imprezy zapomniałem się i zacząłem po prostu słuchać jak grają. A nóżka chodziła, oj chodziła… :)

Plener, na który wybraliśmy się we czwórkę kilka dni później, przebiegł pod szyldem wszelakich stworzeń (pisałem o tym w tym poście). Na szczęście obyło się bez komarów :) Kolorowo, romantycznie i humorystycznie – takie rzeczy to my lubimy! :)

Sobotnie, słoneczne popołudnie… w sam raz na rajd z Młodą Parą po stadionach, mostach, bramach i trawnikach :) Marta, Maćku – świetnie nam się z Wami „pracowało” – jeśli praca może być przyjemnością, to tu z pewnością tak było :)

Sobotnie popołudnie spędziliśmy wraz z Martą i Maćkiem. Od pleneru do pleneru – wyszedł nam niezły kalejdoskop miejsc i barw. Co więcej, dało się zauważyć dar Marty do przyciągania wszelkiej maści i rozmiarów psów (poniżej stęskniony pieszczot beagle spod Katedry, który przyleciał na swoich krótkich, szczenięcych nóżkach nie wiadomo skąd i za wszelką cenę postanowił zamanifestować swoją obecność na kadrze :) ). Brakowało tylko gołąbków siadających na ramieniu, wiewiórek i sarenek kręcących się w pobliżu, a zaczęlibyśmy podejrzewać, że Marta jest kolejną inkarnacją Królewny Śnieżki ;)

Więcej zdjęć wkrótce!

Album rozplanowany, zdjęcia oddane do druku… aż tu nagle wczoraj późnym wieczorem Olę dopadła wena. I nie puściła, aż spod Jej rąk nie wyszło kilka nowych zdjęć. Poniżej nasze ulubione.

Przepraszamy wszystkich zainteresowanych za powolne dawkowanie napięcia :)

W jaki sposób streścić cały dzień zdjęć, miejsc, emocji? To trudne, w zasadzie graniczące z niemożliwym. Niemniej nie mogliśmy odmówić naszym dwóm zakochanym gołąbkom pokazania chociaż mikrych rezultatów naszej sobotniej pracy :) Niesamowity, pełen energii, pomysłów i kreatywności dzień – dzięki Wam, było rewelacyjnie!

Dłuższa relacja – wkrótce!