Archive for Wrzesień, 2011

Pamiętam, że w dniu ślubu Marty i Maćka pogoda igrała sobie na naszych nastrojach, to błyskając w oko słońcem zza ciemnych chmur, to strasząc drobnym pokropkiem przelotnego deszczu. Zaklinaliśmy Manitou, Światowida i Zeusa, aby odegnał ciemne chmurzyska, które zaczynały zbierać się nad Płockiem. Mieliśmy nadzieję, że aura będzie miłościwa i dopuści przynajmniej zrobienie „na sucho” reportażu z ceremonii. A potem niech się dzieje…

Nie dane nam było.

Pół godziny przed wyjazdem gruchnęło, huknęło, lunął deszcz jak z cebra. Pół biedy, że przestał akurat umożliwiając wyjście z domu suchą nogą do auta. Nie powiem, do przyjazdu pod Katedrę było spokojnie. Żywioł deszczu dał o sobie znać dopiero 10 minut przed końcem nabożeństwa, tak że wyjście z kościoła było możliwe tylko dla kogoś, kto akurat przypadkiem zabrał ze sobą kombinezon nurka… Ale nic to! Grunt, że Młodym oraz ich Gościom dopisywały humory! Zobaczcie sami – z godziny na godzinę zabawa zaczynała wrzeć tak mocno, że nawet deszcz – gdyby jakimś cudem spadł na pląsające pary – wyparowałby zanim dotknął parkietu :)

Zresztą wielka w tym zasługa Zespołu. Szczerze mówiąc, to tak sobie z Olą dumaliśmy, że gdybyśmy kiedyś… znowu… jakieś odnowienie ślubów robili… to tylko z chłopakami i dziewczynami z Robsong :) Byli niesamowici i tak dawali czadu, że kilka razy w trakcie imprezy zapomniałem się i zacząłem po prostu słuchać jak grają. A nóżka chodziła, oj chodziła… :)

Plener, na który wybraliśmy się we czwórkę kilka dni później, przebiegł pod szyldem wszelakich stworzeń (pisałem o tym w tym poście). Na szczęście obyło się bez komarów :) Kolorowo, romantycznie i humorystycznie – takie rzeczy to my lubimy! :)

Sobotnie, słoneczne popołudnie… w sam raz na rajd z Młodą Parą po stadionach, mostach, bramach i trawnikach :) Marta, Maćku – świetnie nam się z Wami „pracowało” – jeśli praca może być przyjemnością, to tu z pewnością tak było :)

Powrót do rzeczywistości

Wrzesień 18, 2011

Rok, w którym nie ma nas w Kazimierzu, jest rokiem straconym. Wychodząc z tego założenia ubiegły weekend spędziliśmy – po raz kolejny – w naszym ukochanym Vincencie… Uwaga, post zawiera lokowanie produktu :)

Vincent i Józia (ta szacowna, puchata kota, którą widzicie na zdjęciach) przywitali nas zmienioną recepcją, dobudowaną oranżerią, przemodelowaną restauracją. Siedzieć tam i smakować po zmroku czerwone Fuenteseca, podjadać sałątkę z bobu, czerwonej cebuli, dojrzewającej szynki i oleju rydzowego… odlot, mówimy Wam.

Nasz pensjonat przy ul. Krakowskiej, to nie jedyne miejsce, gdzie można dogodzić podniebieniu i duchowi w cudownym, wysmakowanym otoczeniu.

Czy pod gołym niebem w ogródku w dzień, czy we wnętrzu wieczorem – kawiarnia Factoria, czy herbaciarnia U Dziwisza zawsze stoją otworem. Chwile spędzone nad książką przy herbacie z wiśniową konfiturą, czekoladą po parysku i gazetą naładowały nam akumulatory na najbliższe, depresyjne jesienne i zimowe miesiące.

Kazimierz to nie tylko knajpy (choć te stanowią dla nas esencję tego miasteczka na równi z malowniczymi, cichymi uliczkami) ale i kilka miejsc, które warto obejrzeć (np. wąwozy). Strzeżcie się komarów :)

Czas ubiegł nam zdecydowanie za szybko. Do pełni szczęścia zabrakło jeszcze jednego dnia… ale cóż, trzeba było wrócić to szarej rzeczywistości. Nie możemy się doczekać przyszłego roku :)

Sobotnie popołudnie spędziliśmy wraz z Martą i Maćkiem. Od pleneru do pleneru – wyszedł nam niezły kalejdoskop miejsc i barw. Co więcej, dało się zauważyć dar Marty do przyciągania wszelkiej maści i rozmiarów psów (poniżej stęskniony pieszczot beagle spod Katedry, który przyleciał na swoich krótkich, szczenięcych nóżkach nie wiadomo skąd i za wszelką cenę postanowił zamanifestować swoją obecność na kadrze :) ). Brakowało tylko gołąbków siadających na ramieniu, wiewiórek i sarenek kręcących się w pobliżu, a zaczęlibyśmy podejrzewać, że Marta jest kolejną inkarnacją Królewny Śnieżki ;)

Więcej zdjęć wkrótce!